Kino

Miło spędzony czas

Kino nieme współcześnie

Kino Kiedy oglądamy stare, nieme kino, to jesteśmy pod wrażeniem tego, jak bardzo posunęła się do przodu ta sztuka. Za czasów Charliego Chaplina i jemu podobnych mieliśmy bowiem możliwość oglądania produkcji wyłącznie czarno-białych, nie było też ścieżki dźwiękowej. Zamiast słów na ekranach kina pojawiały się plansze informujące o kwestiach, jakie aktor wypowiedział. Muzykę z kolei wygrywał pianista siedzący w kącie kina.

Dziś oczywiście nie może być mowy o takich filmach. Takie kino po prostu by się nie sprzedało. Dzisiejsi widzowie niestety nie potrafią doceniać sztuki filmowej. Szukają w kinie tandety, za taką tandetę zresztą płacą. Nie dziwne więc, że strasznie trudno w dzisiejszych czasach o reżysera i producenta, którzy uciekają pod schematów i robią kino ambitne, tam, gdzie ważną rolę wciąż odgrywa fabuła, scenariusz i aktorskie umiejętności. Niestety multipleksy są oblegane goła odmiennymi produkcjami, takimi, jakie mają przynieść duże zarobki producentom. Zabija się w ten sposób sztukę filmową, ale tak na prawdę sami jesteśmy sobie winni. Zaakceptowaliśmy pseudoromantyczne seriale, potem zasypały nas produkcje z Bollywood – a my także nie powiedzieliśmy tym żałosnym produkcjom NIE.

W taki sam sposób zaczęły się pojawiać w kinach komedie romantyczne, a które nie są ani romantyczne, ani śmieszne. Są filmy o tańcu, śpiewie i cholera wie o czym jeszcze. Ne ma chyba tematu, który nie byłby już na multipleksach poruszany. Większość tych filmów jednak nie jest wartych naszej uwagi. Nie jest – ale i tak je oglądamy z zapałem. Zachwycając się nie wiadomo czym. W ostatnich latach pojawił się jednak film, try łamie te konwenanse. Idąc do kina mogliśmy poczuć się jak w przedwojennym klubie, w którym od czasu do czasu z projektora emitowano film. To produkcja z lat osiemdziesiątych (czyli wtedy gdy już był dźwięk stereo i barwy negatyw) autorstwa Luca Bessona pod tytułem „La dernier combat”. Film ten opowiada o czasach po nieznanym nam kataklizmie, o nielicznie ocalałych ludziach, którzy zapomnieli jak się mówi. Film także jest czarno-biały (jak za dawnych czasów), jedynym „nowoczesnym” akcentem filmy jest soundtrack autorstwa Erica Serry. Pozostałe elementy jednak bardzo przypominają kino nieme.

Kto pamięta ten film? Nikt. Mimo że to dzieło najwyższych lotów,w jedną z głównych ról wcielił się wielki Jean Reno, to jednak minął ten film bez większego rozgłosu. A jakie znamy inne filmy Luca Bessona? Na pewno „Leona”, „Piąty Element”, „Nikitę”, „Wielki błękit” - to filmy, które nagrane są wedle współczesnych standardów sztuki filmowej. Tak, jak dość płytcy kinomaniacy oczekują – z dobrym dźwiękiem przestrzennym, z efektami specjalnymi i przede wszystkim w kolorze. Niestety tylko takie filmy się spadają i tylko na takie do kin chodzimy. A szkoda – bo na pewno stare kino, kręcone wedle tradycyjnych zasad nie jest w żaden sposób gorsze. Nowoczesność nie zawsze wiąże się z artyzmem. O tym wiedzieć musimy chodząc do kina i siadając przez wielkim ekranem multipleksu.