Kino

Miło spędzony czas

Książka na wielkim ekranie

Kino Odkąd ludzkość poznała się na kinach i filmowych produkcjach, odtąd wartość książki jakby w oczach wielu społeczeństw zmalała. Oczywiście tych dwóch dziedzin sztuki porównać się nie da – jedna bowiem operuje słowem, druga głównie obrazem. Nie mniej zdecydowanie nam wygodniej obejrzeć półtoragodzinny film niż poświęcić cały dzień na przeczytanie krótszej powieści. Wiele na ten temat jest dyskusji – zwolennicy kina maja swoje argumenty dowodzące że kino jest dobrodziejstwem, fani literatury z kolei uważają, że książki byle filmik nie zastąpi. Choćby nie wiadomo kto się wziął za produkcję i reżyserię takiego filmu.

My nie będziemy w tej chwili opowiadać się ani po jednej, ani po drugiej stronie. Zajmiemy się raczej literaturą, która w formie książkowej jest zapomniana. Pojawia się jednak na wielkim ekranie. Przykładów może być wiele – na pewno jednym z takich dzieł literackich jest powieść Joe`a Pesci pod tytułem „Amistad”. Książka jest rewelacyjna, ale o losach niewolników w czasach budowania się Stanów Zjednoczonych dowiedzieliśmy się dopiero na wielkim ekranie. Niewielu z nas znało też książkę Suskunda pod tytułem „Pachnidło”

Nie brakuje i znanych - śmiertelnych powieści, które na ekranach kin pojawiały się wielokrotnie. To między innymi „Hrabia Monte Christo”, czy też „Trzej muszkieterowie” Aleksandra Dumasa, „Oliver Twist” Dickensa. Raz zekranizowano legendarną trylogię Tolkiena pod tytułem „Władca Pierścieni”.

Naszym zamiarem nie jest wymienianie teraz wszystkich dzieł literackich, które zostały przeniesione na wielki ekran. Chodzi nam bardziej o pieczołowitość, jaką należy mieć podczas adaptacji. Od zawsze jest tak, że ekranizowanie książki przysparza reżyserowi wiele kłopotów. Dlaczego? Chodzi głównie o wymagająca publiczność. Nie jest wszak żadną tajemnicą to, że najchętniej na filmy będące adaptacjami książkowymi chodzi fani literatury. Reżyser więc musi ich zadowolić, a trudno przenieść narratora do filmu za pomocą samych obrazów.

Scenopisarze, którzy zajmują się adoptowaniem książek na scenariusze maja pełne ręce roboty. To bardzo odpowiedzialne zajęcie. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że od nich zależy powodzenie filmu. Niewielu tez fanów kina wie, ze bardzo często obok reżysera na planie filmowym w takich wypadkach zasiada sam autor książki jako doradca. Naturalnie mowa tutaj o ekranizacji współczesnych dzieł i tych pisarzach, którzy żyją. Nie zawsze bowiem scenopisarz idealnie odbiera przekaz książkowy. Nie zawsze sam scenariusz jest przez to kompletny i pełny emocjonalnie i fabularnie. Robert Ludlum pomagał swego czasu w pracach na serią filmową o przygodach Jasona Bourne`a.

Niekiedy książkę adoptuje się tylko częściowo, a reżyserzy wprowadzają własne spojrzenie i własną koncepcję fabuły. Trudno ocenić, czy jest to dla filmu dobre. Jedno jest pewne - kinematografia bez literatury byłaby uboższa. Ale same książki to nic. Potrzebny jest jeszcze sztab ludzi, którzy będą wiedzieli jak akcję literacką przenieść na plan filmowy.